Pokój poety
Kopernika 34/36

W naszym dużym mieszkaniu zaczęło przybywać ładnych sprzętów, stylowych mebli, ob­ra­zów, sympatycznych drobiazgów, niepowtarzalnych , typowych dla świata Gałczyńskiego. Np. z jakiegoś warsztatu na Wilczej lub Hożej pochodzi latarnia, jaka wówczas zdobiła niemal każdy dom w mieście. Pochodziła rzekomo z Kopernika 34/36. Poeta wdał się w rozmowę z właścicielem, a ten opowiedział, w jaki to sposób został oszukany przez nieuczciwego klienta, który zamówił latarnię i nie wykupił jej. Poszedł nawet pod wskazany adres, ale okazało się, że na Kopernika stoi zaledwie kilka domów, numer 34/36 zostanie odbudowany w następnym stuleciu… Czy można było takiej latarni nie kupić?

Portret „przodka”

Niektóre stare przedmioty rodzice kupowali w antykwariacie znanego rzeźbiarza, Ka­ro­la Tchorka, przy ulicy Marszałkowskiej, jak na przykład portret pewnego arys­to­kra­ty w pud­ro­wa­nej peruce, podobno miniaturzysty z epoki stanisławowskiej — So­bań­skie­go. Poeta dorobił do tego owalnego portretu całą opowieść: „Jest to mój pradziad — powiadał — pierwsze skrzyp­ce na dworze Stanisława Augusta”.

Kogut

U Karola Tchorka poeta wypatrzył rzeźbiarskie arcydzieła Le­ona Kudły. Zach­wy­cił się nimi, marzył o jakiejś rzeźbie mistrza. Aż któregoś dnia wyprosił od przyjaciół, Heleny i Henryka Ła­do­szów, pięknego bogato polichromowanego koguta z drewna. Ten kogut dumnie stał na wielkim i pustym parapecie, w oknie, w którym nie było ani firanek, ani zasłon. (Ojciec zawsze u­wa­żał, że jedno i drugie to po prostu „małoduszność i świństwo”) Kogut z upływem lat stracił swoje niezwykłe barwy, podobnie jak część górną ogona.

Pokój poety, pomimo upływu czasu i zapełniania się innych pokojów, pozostawał nadal jednakowo pusty. Centralne miejsce pod oknem zajmował sosnowy stół:

Ale nawet za wszystkie obrazy Tycjana
nie oddam tego stołu, bo pracuję przy nim,
to mój wierny przyjaciel od samego rana…
[Ale s/a jeszcze sprawy drobne…, 1953]
Okaryna

Na stole panował swoisty bałagan, leżały papiery, książki, wycinki; stały fo­tog­ra­fie i najważniejsze przedmioty — kalendarz kupiony w Pradze z przek­ła­da­ny­mi kartonikami z nazwami miesięcy i dni tygodnia, rynienka z kredkami, o­łów­ka­mi i obsadkami, flaszeczka z atramentem (wyłącznie zielonym!), rokokowy kałamarz z pojemniczkiem na inkaust i piasek (jako suszka), wielki dzban mie­dzia­ny z połowy XVII w., stary lichtarz z kolorową /swiecą. Obok, niemal pod ręką, stały na półkach książki — stare i nowe. Na /scianach wisiała cytra, gitara bez strun, okaryna. Wszystkie te instrumenty pojawiły się w czasach Krakowa, także gliniana okaryna, o której, natychmiast po przyniesieniu ze sklapu do domu, powiedział: „To jest okaryna Mietka”. I tak zostało.

Na ścianie wisiała także latarnia z zaczarowanej dorożki pana Kaczary — w jej świetle lubił czytać — oświetlając anioła Rublowa… I wreszcie, przedmiot ożywiony — „klatka z papugami, która śpiewa”. Dostał te papużki-nie­roz­łącz­ki od któregoś z przyjaciół. Małe wrzaskliwe papużki zmieniały co jakiś czas imiona: były Książką i Wiedzą, Ilfem i Pietrowem, Gozdawą i Stępniem, Lelum-Polelum…

Ten pokój, zdobiące go sprzęty, przedmioty, był na tyle niepowtarzalny, że jego wdzięk i urodę widział i czuł sam poeta. Także i dlatego jego wygląd zatrzymany został w wielu wierszach, jak choćby w tym fragmencie Wielkanocy Jana Sebastiana Bacha (1950):

Spójrzcie na te niebieskie hiacynty,
na te krzesła z czarnego drzewa,
na te wszystkie złocone sprzęty,
na tę klatkę z papugami, która śpiewa,
na te obłoki jak srebrne okręty,
które wiatr południowy podwiewa.
Tak. Spójrzcie. To jest moje mieszkanie.
Też wspomnienie po Janie Sebastianie.
Gnom

I werszcie drobiazg, do którego Konstanty miał szczególny stosunek: rycina francuskiego grafika Jacquesa Callota (1592-1635) Gnom grający na skrzypcach. Ile wziął z niego Goya? A poeta, patrząc na ten mały rysunek, powiadał: „To jestem ja”.

W tym pokoju przyjmował przyjaciół, którym czytał coś, co napisał rano, w którym słu­cha­no muzyki z płyt przysyłanych w Wałbrzycha od druha z jenieckiej niewoli, Wła­dys­ła­wa Sidorowskiego, melomana i entuzjasty sztuki, prowadzącego tam, na Dolnym Śląsku, w pierwszych powojennych latach knajpę Zielona Gęś (potem zjechał do Warszawy i przez długie lata kierował restauracją SPATiF-u).

Ten wreszcie pokój stanowił miejsce najbezpieczniejszego azylu w złych chwilach, a takie właśnie nadeszły po szczecińskim zjeździe pisarzy, który wprowadził socrealizm jako jedyny słuszny sposób widzenia i odbierania rzeczywistości przez sztukę. Kolega Błędowski ma coraz częściej rację…