Płyń po morzach i oceanach…

MS K.I.Gałczyński

Nieprzebrany tłum, głowa przy głowie. Ogromna przestrzeń udekorowana flagami. Flagi na dźwigach, na wodzie, na zie­mi. Przez gigantofony — muzyka, jakieś nierozpoznawalne słowa. Na stoczniowej po­chyl­ni stoi on, kil­ku­dzie­się­cio­pięt­ro­wy gigant przy­trzy­my­wa­ny przed spłynięciem na wodę przez jed­ną, wątłą na oko, linkę. Na burcie ogromne litery: M/s „K.I. Gałczyński”.

Poniżej, nad tłumem, ale zaledwie w jednej trzeciej mniej więcej wysokości statku — spora platforma przed jego dzio­bem, na niej mikrofony, masa dzien­ni­ka­rzy, kamery, flesze. I — w otoczeniu urzędników, działaczy, tajniaków — główna bohaterka dzisiejszej uroczystości — Natalia. Skupiona, wzru­szona, prze­ję­ta. Słucha przemówienia, które wygłasza druga oso­bistość w państwie.

Jest słoneczne majowe południe 1964 roku. Trwa wielka uro­czys­tość wodowania w szczecińskiej stocz­ni masowca, dzie­się­cio­ty­sięcz­ni­ka M/s „K.I. Gałczyński”. Inicjatywa nadania budowanemu właśnie statkowi imienia poety wypłynęła od samych stocz­niow­ców w poprzednim roku, w dziesięciolecie jego śmierci; i choć K.I. w Szczecinie nazbyt długo nie zagościł, to jednak jest do dziś przez niektórych mieszkańców pięknego miasta wspo­mi­na­ny i pa­mię­ta­ny. Cząstką owej serdecznej pamięci ma być ten pływający po świecie kolos…

Kiedy wiadomość ta dotarła do Natalii, spowodowała wielką przemianę w jej życiu. Skończył się ów trwający dłu­gie lata letarg, w jaki zapadła po śmierci Konstantego. I choć coraz częściej wyrywały ją z tego stanu rozmaite z nim związane działania, to jednak z owego samotniczego odrętwienia nie potrafiła się wydobyć; wracała do niego, kiedy tylko mogła, jak ślimak do skorupy, jakby w nim czuła się najbezpieczniejsza.

Tak, przełom — według mnie wyraźny i zauważalny — nastąpił, gdy ze Szczecina nadeszła owa radosna wia­do­mość.

To piękne miasto Natalia szczególnie lubiła. Nie wspominała go najlepiej, bo tu zaczęła się choroba Konstantego, ale wszystkie późniejsze kontakty z ludźmi zaplątanymi w najnowsze dzieje Szczecina zbliżały ją do niego coraz bardziej. Pierwszym zakochanym w tym mieście bez reszty był jej druh — Staś Saliński. Świadek na ślubie, który przyjechał do Warszawy na chwilę, a został na całe życie, stale powtarzał, że Szczecin pogodził go z Europą, której nie znosił. Że jest portem na skalę europejską, a wkrótce uzyska znaczenie światowe. Bo sprawy morskie — to przyszłość. Swoje zauroczenie Dziadzia znakomicie potrafił przekazywać Natalii, aż któregoś roku, gdy przyszedł stamtąd jakiś kolejny miły dla niej sygnał, stwierdziła, że i ona ma dla niego dużo serca. Sympatia zaczęła og­rom­nieć i Natalia zaprzyjaźniła się z wieloma mieszkającymi tam ludźmi. Uznała Szczecin za swoje miasto.

Po śmierci Konstantego nie do wszystkich miast i miejsc, gdzie mieszkali, gdzie przeżywali czas lepszy lub gorszy, chciała wracać. Za żadne skarby świata nie chciała odwiedzić Anina, choć Zaruba tak serdecznie zapraszał; po­mi­mo moich gorących namawiań nigdy nie pojechała do Nieborowa, bo — jak mi tłumaczyła — była tam bardzo szczę­śli­wa. Tego szczęścia nic nie jest w stanie przywrócić. Wtedy podsuwałam Mazury, które odkryłam na swój własny użytek już w roku 1957 i na które uciekałam w każdej wolnej chwili. A ona odpowiadała mi, że nie może podać ręki gospodarzowi Prania, bo to łajdak. Przyznawałam rację i tłumaczyłam, że możemy pojechać do Krzyży, do państwa Popowskich. Ale wtedy z jakimś tragicznym cieniem smutku w oczach mówiła: „Co ja bym tam robiła bez Kota?…”.

Zostawiałam więc eskapady mazurskie i starymi koleinami proponowałam Kraków, do którego zawsze jeździła z jednakową ochotą — na przedstawienia, na spotkania z licznymi wciąż przyjaciółmi; następnie wracało Zakopane. I ten pomysł akceptowała, choć ze względu na rozwijającą się chorobę nadciśnienia (o czym nie wiedziałyśmy, bo Natalia unikała lekarzy jak ognia) czuła się tam coraz gorzej. Zakopane więc siłą rzeczy zostało wyeliminowane. Pozostawał jeszcze Kazimierz, który w moich automobilowych eskapadach pojawiał się coraz częściej — i to niez­wyk­łe miasto nad Wisłą uznała za warte powrotu, choć z czasem zmierził ją kazimierski tłok. Zawsze chętnie jeź­dziła nad morze — do Ustronia, Sopotu, Rewala, Darłowa, Łeby, no i Gdańska, który ją, wielbicielkę Tomasza Manna, nieskończenie jednakowo zachwycał. A trzeba pamiętać, że to nie był dzisiejszy odbudowany Gdańsk. Potem odkryła dla siebie Białostocczyznę — cudowny, zagubiony w lasach Supraśl; no i doszedł Szczecin.

Pierwszy znaczniejszy sygnał z tego miasta otrzymała w grudniu 1963 roku. Od tej chwili żyła już tylko tym zbli­ża­ją­cym się wielkim wydarzeniem — w jej życiu, moim, a przede wszystkim w legendzie Konstantego.

I oto przyszedł ten majowy piękny dzień, święto w stoczni: wodowanie statku. Natalia oprócz mnie zabrała Dzia­dzię Salińskiego — marynarz mórz południowych, jedyny z jej przyjaciół obeznany z morzem, musiał w tej u­ro­czys­toś­ci wziąć udział. Drugą osobą, o której wspomniała, był Wojciech Siemion. Zapamiętała tego młodego aktora z pierwszego wieczoru w Teatrze Ateneum, a potem z następnych poetyckich koncertów, na których stopniowo, rok po roku, objawiał się i pogłębiał jego niezwykły talent mówienia wierszy. W Gałczyńskim stawał się nie­doś­cig­ły. I Natalia zasugerowała organizatorom, że udział Siemiona w wielkiej stoczniowej uroczystości (bo tak zawsze było i jest celebrowane każde spłynięcie statku na wodę) będzie miłym i artystycznie udanym dopełnieniem świę­ta. I nie pomyliła się. Wojciech mówił, jak mi przypomniał, dwa wiersze — Przez świat idące wołanie i Ojczyznę. Uczestnicy zanotowali jeszcze krótki liryk Spotkanie w Szczecinie. Ale zanim doszedł do głosu aktor i poeta, nastąpiły wydarzenia wielkiej wagi.

W ostatniej niemal chwili okazało się, że w wodowaniu statku weźmie udział Zenon Kliszko, druga po Gomułce osobistość partyjna w państwie. To zaś pociągnęło za sobą odpowiednią reprezentację władz wojewódzkich. Wszystko to sprawiło, że dziennikarzy, kamer telewizyjnych, z Kroniki Filmowej (to była instytucja w tamtych latach!) i licho wie, skąd jeszcze, było zatrzęsienie.

W sprawie przyjazdu Kroniki do Szczecina poszłam do Karola Małcużyńskiego — był postacią w tej instytucji znaczącą — i poprosiłam go o obecność któregoś z operatorów. Karol niczego nie chciał obiecać na pewno, po­wie­dział mi jednak coś, co zapamiętałam: „U nas każde wodowanie to jak piłowanie drzewa na Huculszczyźnie. Myś­lę, że ktoś będzie…”. Skąd mógł wiedzieć, że prawidłowa odpowiedź powinna brzmieć: „Masz to jak w banku”.

Każdy przytomny zapyta dziś, co się stało, że na wodowaniu statku M/s „K.I. Gałczyński” pojawiła się nagle tak wysoka reprezentacja partyjno-rządowa (Zenon Kliszko był jednocześnie wicemarszałkiem sejmu). Bo przecież nie sprawił tego K. I. G…. Choć Zenon Kliszko znany był ze swych ciepłych uczuć dla Cypriana Kamila Norwida.

Norwid Norwidem, a Gałczyński Gałczyńskim. Po wygłoszeniu przemówienia nikt już nie miał wątpliwości: cho­dzi­ło o głośny wówczas List 34, skierowany do premiera Cyrankiewicza i podpisany przez 34 intelektualistów — niewinny protest przeciwko ograniczaniu papieru na druk książek, zmniejszaniu nakładów i zaostrzeniu cen­zu­ry. Rozpętała się polityczna trwająca od marca afera, która swoją kolejną odsłonę miała w maju 1964.