HELENA ZAWORSKA


Uśmiech Gałczyńskiego

Czterdzieści lat temu w szary, grudniowy ranek Gałczyński odszedł nagle „w taką dal”, mając 48 lat i trzeci zawał. Jeszcze zdążył się pożegnać wydrukowanymi właśnie w „Nowej Kulturze” Pieśniami. Już nie mógł uciec przed wyrokiem wczesnej śmierci, o którym wiedział od młodości, pisząc autoironiczne, prześmiewcze wiersze o własnym końcu. Wszystko potrafił obrócić w żart i w tonacji buffo wyrazić nawet największy smutek.

(…)

Sowizdrzał ciężkich czasów

Gałczyński należał do tych, którzy po rozumnym wieku XVIII i wzniosło-szaleńczym XIX postanowili przypomnieć dawniejsze, sowizdrzalsko-karnawałowe, jarmarczne tradycje literatury. Pragnął wyrobić poczucie humoru w Polakach, przyzwyczajonych do powagi i cierpiętnictwa. Chciał nas nauczyć śmiechu ze wszystkiego, także z nas samych. Mistrz Ildefons wiele ryzykował.

Zapewne zostałby przez rodaków odrzucony, gdyby proponował tylko śmiech do rozpuku i szyderstwo aż do nihilizmu. Młodzi nowatorzy próbowali zabaw absurdalnych, odważnych, nawet okrutnych, ale Stanisław Ignacy Witkiewicz lub młody Witold Gombrowicz mogli wówczas liczyć tylko na koneserów. Daleko było jeszcze do Mrożka i Białoszewskiego.

Szersze kręgi odbiorców trzeba było uczyć sztuki bawienia się życiem, które na ogół sprawiało więcej bólu niż radości. Gałczyński był sowizdrzałem epoki międzywojennej i tuż powojennej. Jego humor był wisielczy i współczujący.

Kiedy poezja polska wieściła „laurowo i ciemno” katastroficzne wizje, on napisał wzorem biskupa Krasickiego poemat heroikomiczny Koniec świata (1929). W roku 1937 wydał Bal u Salomona, najdoskonalszy i najbardziej przejmujący utwór swojego życia. Przedstawił się w nim jako „quasi-prorok nie do komedii, lecz do osamotnienia, do wrzasku”.

Bo też jego humor sąsiadował z rozpaczą. Śmiechem zwalczał strach. Cyrkowym wrzaskiem zagłuszał samotność. Nie był aniołem Apokalipsy. Czuł się raczej małym diabełkiem na posyłki w piekle historii.

Nie tędy droga

Ze wszystkich tekstów o Gałczyńskim najpiękniejszy i najprawdziwszy jest dla mnie artykuł Bolesława Micińskiego, wydrukowany 57 lat temu w tygodniku „Prosto z mostu“, w którym obaj znaleźli się nie wiadomo po co. Przecież nie zamierzali niedobrej Polski sanacyjnej tamtych lat zamienić na ileż gorszą Polskę mocarstwowo-nacjonalistyczną.

(…)

Bolesław Miciński w styczniu 1938 roku pisał z Grenoble do Jarosława Iwaszkiewicza: „Będę musiał zerwać zupełnie współpracę z »Prosto z mostu«. Pisałem już o tym do Piaseckiego — ciężko mi to przychodzi, bo przywiązałem się, ale wolę tych, którzy biją, od tych, którzy tworzą teorię bicia i usprawiedliwiają bydlactwo przy pomocy Świętego Tomasza, który ostatnimi czasy paraduje w prasie narodowej jako policjant”.

Gałczyński uwierzył być może w szeroką platformę i swobodną dyskusję, o której mówił naczelny redaktor. Liczyła się też dla niego głośna reklama, jaką zapewniało mu „Prosto z mostu”. Może i pieniądze, których brakowało, nie były bez znaczenia. Zapewne najgłębszym, choć i najbardziej naiwnym źródłem tych związków była potrzeba znalezienia jakiegoś autorytetu, jakiejś wspólnoty, która miałaby konstruktywne propozycje dla młodzieży z pokolenia Gałczyńskiego.

Czekanie na Salomona

Była to młodzież uboga, sfrustrowana, nie widząca dla siebie szans w trudnym pod każdym względem drugim dziesięcioleciu międzywojennym. Młodzież opisana we Wspólnym pokoju Zbigniewa Uniłowskiego:

„Oczywiście nie wszyscy młodzi ludzie piją, ale wszyscy są diabła warci w porównaniu z dwoma pokoleniami wstecz. (…) Spójrzmy na tę naszą polską rzeczywistość. Nie mamy polityków, nie mamy artystów, nie wiadomo, czy jesteśmy krajem konserwatywnym czy postępowym. (…) Jesteśmy w mrocznej pustce i nie widzimy wartości, które można by wyszukać, potrzeba faceta, który by nam poświecił”.

To proza Uniłowskiego. A w poezji Gałczyńskiego (należącego do „Smoka” i „Kwadrygi”, do grup ze Wspólnego pokoju) owo pragnienie znalezienia autorytetu zostanie wyrażone w Balu u Salomona. Ten poemat z pogranicza snu, fantazji i rzeczywistości oddaje stan zawieszenia, oczekiwania na „ten bal, co się tylko zaczyna” i nie może się zrealizować. Jest wiecznym przygotowaniem, śmiesznym i dramatycznym. Jest nadzieją na samorealizację i poczuciem oszustwa: A ty gdzie się podziejesz kąsany od Erynii / Którego żadna szuja / stuwiekowym bujaniem nie nabuja / na temat Lotaryngii czy Gdyni?

Wiele mamy balów w polskiej literaturze od strasznego Mickiewiczowskiego balu u Senatora. Bal Gałczyńskiego nie może się zacząć, bo jest tylko czekaniem na Salomona, którego nie ma, który odzywa się groteskowo przez telefon. A jest potrzebny jak zbawienie. Właśnie Salomon, Mędrzec, Sędzia, który wiedziałby, co jest prawe, a co lewe, co konserwatywne, a co postępowe, co mądre, a co głupie.

Czekanie na Salomona jest symbolem sytuacji duchowej epoki, jak w następnych pokoleniach będzie nim Beckettowskie Czekanie na Godota.

(…)

Uśmiech moralnym obowiązkiem

Miciński, wyrafinowany intelektualista, filozof, erudyta, odbierał Gałczyńskiego na tej samej długości fal, choć wszystko zdawało się go dzielić od „bufona i ironisty”. Odbierał, bo miał absolutny słuch literacki i wiedział, że „Kostek jest genialny”. Słyszał także jego prawdziwy ton wewnętrzny:

„Istnieje jednak pewna kategoria twórców, którzy zdają się odwracać ustalony porządek, zamykać cierpienie w rytmie pogodnego menueta i uśmiechać się dla wyrażenia bólu. Tak uśmiechali się Mozart i Musset. Podobnie uśmiecha się Gałczyński. Stąd pewna trudność w należytym odczuciu jego poezji. Trzeba najpierw uchwycić główny wątek jego twórczości, zrozumieć tajemnicze przedstawienie znaków uczuciowych, aby spoza uśmiechu bufona i ironisty wyłoniła się otchłań smutku, cierpienia i troski”.

Ten smutek nie był bólem egocentryka, zajmującego się wyłącznie swoimi prawdziwymi i urojonymi nieszczęściami. Gałczyński miał poczucie własnych niespełnień, ograniczeń, depresyjnych zapaści. Ale nie wyolbrzymiał ich masochistycznie, nie robił z siebie cierpiętnika, skazanego przez los czy naturę i za nic nieodpowiedzialnego. Wręcz przeciwnie, był obdarzony łaską miłości, kochał konkretnych ludzi, przedmioty, pejzaże, muzykę. Miciński widział w nim duchowego brata cudownych miłośników świata, Dickensa i Chestertona:

„Gałczyński jest chwilami smutny, przeraźliwie smutny — nigdy nie jest pesymistą. Smutek i pesymizm — pisze Chesterton w studium o Dickensie — poniekąd się wykluczają. Wszak smutek wypływa z przywiązywania wartości do rzeczy, zaś pesymizm z zaprzeczenia ich wartości. A przy tym Gałczyński uśmiecha się, uśmiecha każdym słowem — bo uśmiech jest moralnym obowiązkiem człowieka”.

W naszym kraju, pełnym surowych i raczej ponurych moralistów, to ostatnie zdanie może budzić lekceważenie. A jest jedną z najtrudniejszch umiejętności życia i tworzenia. Mistrz Ildefons zrobił wiele, żebyśmy to zrozumieli.

Pożegnał nas Pieśniami, testamentem człowieka, który umiał kochać. Nie tylko wielkie sprawy i najbliższych sobie ludzi, ale każdy okruch rzeczywistości, który umiał zobaczyć, docenić i uświetnić poetyckim blaskiem. Naprawdę nie do zapomnienia są te trzy wrony, które zobaczył w śnieżystej zadymce na przystanku przy moście Poniatowskiego:

Niechby stały. Wiatr niech wionie
wzdłuż i chmurom twarze zmienia.
Chciałbym i te trzy łby wronie
ocalić od zapomnienia.

[Fragmenty artykułu z Gazety Wyborczej nr 284, wydanie z dnia 06/12/1993 , str. 10.]