BALLADA ŚLUBNA II


Skuła nam nogi ciemna siła
w płynie tłoczonym z maku,
lecz całe szczęście, że świeciła
twa klamra ze szmaragdu;

kłułem policzki, biłem pięścią
w rozmarzających dymach:
bo sen od maku szedł krawędzią —
ciemnoniebieski ślimak;

Karakuliambro, olbrzym słodki
ze starych bohomazów,
to był łeb śpiący twojej ciotki,
Wielkiej Xiężnej Kaukazu;

stał świecznik z pięciu Murzynami
przy śpiącej w oknie, blisko —
ślimak obwąchał ją różkami,
a potem zniknął nisko;

i ty zniknęłaś nagle. — Gdzieś ty?
Lecz głos mi w piersiach zamarł…
— Ach, tutaj jestem, tu, gdzie świeci
ta ze szmaragdu klamra;

chciałem zapalić kandelabry,
nie dałaś, smagła panno,
i przez korytarz jak przez Afrykę
szliśmy jeszcze nie znaną;

do stajni trzeba było dobiec:
zdawało się daleko…
Na wiązce słomy spał Joe, chłopiec
Dickensa, wuja twego;

owczarz z obliczem spał wesołem,
a księżyc stał za węgłem,
więc sam karetę wyciągnąłem
i koni sześć zaprzęgłem;

podczas odjazdu żadnych osób,
pudeł gniotących w piętę,
bo Biblia tylko, rurki do włosów
Wielkiej Xiężnej świśnięte;

ach, jak się śmiałaś, niegodziwa,
kiedym zacinał konie,
że ciotka na Murzynów kiwa,
by szli do łóżka do niej!

Na przełaj! przez truskawki, miła,
dojedzie się do traktu —
gadały koła i świeciła
twa klamra ze szmaragdu.

1934