ZWIERZĘTA PATRZĄ NA NAS


Kogut pośrodku podwórza
zapiał: — Kukurykukuku!
Proszę państwa, nowina duża,
miałem telefon: nowina straszna:
nie nadajemy się,
nie nadajemy się,
nie nadajemy się
do druku.

— Jak to? — gdaknęła pewna kurka. —
Nie nadajemy się? O rety!
— Tak, proszę kur, bowiem te piórka
to wszystko jest parszywy estetyzm.

Więc patrzcie na mnie, zaraz się zmienię.
I rzeczywiście: przez parę godzin
wyrwał sobie cale barwne upierzenie
i jako szkielet chodził.

Cierpiała przez to produkcja jajek,
lecz on się śmiał do rozpuku
i tylko śpiewał: — Już się nadaję,
już się nadaję
do druku.

Kury poszły w ślad kogutowy
i według wszelkich reguł
ta sobie oko wyrwała z głowy,
ta nogę, ta inny szczegół:

(bo, rozumiecie, na co mi noga?
przez nogę tylko zamęt;
bo niby, wiecie, kto wie, czy noga
to także nie jest ornament?)

Jelenie słysząc w sprawie tej nogi
o dąb, co szumiał w lecie,
obtłukły sobie na głowach rogi,
żeby też być na tapecie.

Dąb, oczywiście, jeleni śladem
spróchniał. Na wszelki wypadek.

A gwiazdka śniegu, ach, jak śliczna!
krzyknęła roniąc łzę:
— A może jestem estetyczna?
I rozpuściła się.

Księżyc jak lustro pęknął. Pierzchły:
dzięcioł, że barwny, zając, że śmieszny.

A wtedy, na radość światu,
gdy wiatr o północy zahulał,
z pobliskiego cmentarza biurokratów
wyszli biurokraci,
bo pasowali do tego pejzażu jak ulał.
Pootwierali wentyle z nudą,
gwiazdy wesołe zasnuli nudą.
Świat stał się nudny, zarozumiały,
samotny i bez ruchu,
lecz wszystkie rzeczy się nadawały,
już nadawały,
się nadawały,
się nadawały
do druku.

1953