JAN ŚPIEWAK [*]


Przyjaźnie i animozje

Gałczyński nie miał nigdy aspiracji tworzenia swoich własnych szkół i teorii poetyckich. Nie narzucał się ze swoimi koncepcjami sztuki, chociaż je posiadał. Stosunkowo rzadko mówił o poezji. Raz jeden zapytał mnie, jakiego poetę polskiego najbardziej szanuję, odpowiedziałem bez namysłu „Kochanowskiego”. Bardzo się ucieszył. On, który wymyślał swoje biografie na poczekaniu, pisząc, że jest synem pastora albo organisty z Dublina, on, który znakomicie wyczuwał poezję angielską i łacińską, najbardziej cenił Jana Kochanowskiego, tam szukając najgłębszych źródeł dla swojej poezji. Gałczyński, nawet zamknięty w sobie, małomówny, nie przestawał oddziaływać na obecnych. Nie wiadomo dlaczego, najrozmaitsi ludzie o przeciwnych nieraz charakterach, przebywając nawet krótko w jego otoczeniu, zaczynali patrzeć na różne zjawiska tak jak on. To było dziwne, niespotykane zjawisko.(…)

Puryści poetyccy zarzycają poezji Gałczyńskiego, że jest rekwizytornią banałów. Śmieszni, im się wydaje, że poezja polega na nieustannych wynalazkach stylistycznych. Szok zdaniam, szok metafory zbyt szybko mija. Jeśli wartość wiersza zawiera się w szoku, to wiersz taki w najlepszym przypadku kurczy się do stanu embrionalnego i staje się bezbronny. Są tacy, któym się wydaje, że wiersz powołany jest po to jedynie, aby „przeprowadzać mądre wywody”. Po cóż tedy dodawać słowom balast rymów i rytmu, po co układać linijki pionowo, przecież normalne, logicznie zbudowanie zdanie i normalnie przeprowadzony przewód myślowy (…) bezsprzecznie łatwiej doprowadzi do zwartch konstrukcji filozoficznych. Są tacy, którzy wygładziwszy klasycystyczną strofę sądzą, że znaleźli klucz, którym otwierać można każdą poezję (…) Moja nieufność każe mi nie wierzyć tym poetom. (…)

Poezja Gałczyńskiego nie zawiera się w zewnętrznych warstwach słownych, tam humor czyni cuda, kpi z pseudorekwizytów, wciąga coraz głębiej do nerwu tej sztuki. Powstaje pytanie, jaki jest rygor wewnętrzny, jaka jest indywidualna logika poezji? Jeśli Gałczyński jest poetą banałów, to dlaczego poeci, którzy go naśladowali i naśladują, nie potrafią pójść jego śladami? Wyobraźnia Gałczyńskiego jest wyjątkowo lotna, stanowi ona, zdaniem moim, dotychczas nie odczytany typ poezji nowatorskiej. Nie odrzuca on ani melodii, ani rymu, ani konstrukcji zwrotkowej. Można powiedzieć, że jest to poezja typu recytacyjno-pieśniowego, bo taką również posiada funkcję. Wyobraźnia Gałczyńskiego, jeśli traktować jego poezję jako całość, zbliża go do poezji nowatorskiej, poszukującej, tak ją nazywam, a jednocześnie jego lotna wyobraźnia oddala go od szkółek awangardystycznych.(…) Pedanci, którzy próbują rozłożyć poezję Gałczyńskiego na czynniki podstawowe i zasadnicze (…) nie chcą zrozumieć, że ich praca jest co prawda mozolna, ale bezprzedmiotowa. Niech spróbują oni ponumerowane cząstki złożyć z powrotem, nic wówczas nie powstanie. Poezja zginie.

Jaka jest zatem prawdziwa genealogia tej poezji? Rodowód większości poetów da się łatwo wyprowadzić, łatwo też da się określić warstwy wpływów i zależności. Są poeci, którzy sycą się wpływami, niezdolni nawet do ukrycia ich. Gałczyński nie ma swojego odpowiednika w poezji polskiej, nawet jego Pieśni, świadomie stylizowane na Kochanowskim, są oryginalne. Gałczyński szukał przejrzystości, wielkiej równowagi duchowej przed odejściem, którego się spodziewał. Jest to spokój w obliczu kresu życia. Tu Gałczyński powraca do źródeł poezji polskiej, do jasności epitetu. Jest to dokładność odlotu.(…)

Poezja Gałczyńskiego, w moim rozumieniu, jest spiętrzona, składająca się z nieustannych spięć wewnętrzych. Na to zjawisko zwrócił uwagę Gombrowicz[1], chwaląc go za to, że nie jest on tzw. czystym poetą, że jego poezja składa się z humoru, satyry, ironii, polityki, kpiny. Tak, Gałczyński chciwie wciąga do swej poezji wszystko, przetapia, przepala ironią, wieloznaczną przeważnie, mistyfikuje, oczyszcze realia, którymi się posługuje, buduje zwiewne dekoracje, aby je zdmuchnąć i wyśmiać. Te dekoracje są płynne, w nieustannym ruchu, posiadają swój rytm. Zmieniają się gwałtownie, zaskakując czytelnika. Podobnie jak w sztukach Szekspira, groza łączy się u Gałczyńskiego z pozorną błazenadą, a liryka z niewysłowieniem. (…) Poezja Gałczyńskiego jest zabawą w teatr, trwa nieustanna commedia dell'arte, w której aktywnie musi uczestniczyć publiczność. Bez udziału publiczności nie ma teatru dell'arte, nie ma i nie może być amosfery nieustannej gotowości do riposty, nieustannej zmiany światła. (…) Będąc swoiście ludową zabawą, syci się atmosferą ulicy, ruchu, dynamiki, czułością uczuć i goryczą. Gałczyński posiadał niepospolite wykształcenie, o jakie go nie podejrzewano, ale na szczęście nie ma on nic wspólnego z poezją uczoną, mentorską, moralizującą do znudzenia. (…) Któż właściwie daje poetom żyjącym w drugiej połowie XX wieku prawo do wywyższania się, do wieszczowatych póz? (…)

Gałczyński nie każe wysłuchiwać swoich tyrad, jest taki sam jak jego czytelnicy, ma te same wady i te same zalety. Nie lubi ludzi napuszonych. Stąd zrozumiała jest jego niechęć do pewnego typu inteligenta, tego nieustannie zgrywającego się, nieustannie udającego rozdarcie wewnętrzne, ,,dźwigającego na plecach fortepian Szopena". Gdyby chociaż ów rozdarty inteligent umiał grać nan tym fortepianie (…) Gałczyński kpił z przywar narodowych, nienawidził grymasu młodopolskiej, postromantycznej poezji. (…) Gałczyński, na którego ciskano gromy za przepyszne miniatury teatralne, mówił jasno, przekonywająco, przynosił wzruszenie dziwności, a przede wszystkim śmiech, którego zabrakło w powojennej poezji. (…)

Najczęściej atakują Gałczyńskiego krytycy, ci najbardziej ponurzy.(…)

Gałczyński podsuwał czytelnikom pewien model życia, radość z małego szczęścia, radość z tego, że się żyje, że żona uśmiecha się, że można uczynić ze swojego mieszkania własną wyspę. Gałczyński był poetą miłości małżeńskiej. To, co nazywamy rekwizytami Gałczynskiego, było nierozłącznie związane z jego gestem. Czy melonik, laseczka, rozczłapane buciki i niezgrabne ubranie Chaplina świadczą przeciwko niemu? One powtarzają się w każdym jego filmie (…) Te same rekwizyty za każdym razem spełniają inną funkcję. One są potrzebne po to, aby stać się swoim zaprzeczeniem.

W poezji Gałczyńskiego jest także coś z Chaplina. (…) Z rekwizytów buduje się trwałe gmachy poezji, odsłaniając to, co w rekwizycie jest wytarte, przywracając im pierwotną świeżość, właściwą urodę. To wymaga twórczej odwagi i odwagi wymaga szaleństwo artysty, który zawsze potrafi przekraczać to, co nazywamy realnością i groteską. Jakże trudno dotrzeć do tajemniczego wewnętrzego świata poety: czym właściwie on żyje, czym syci się, skąd czerpie pokarm dla swojej sztuki? Przecież to, co wyczytać możemy z twórczości poety, zawsze jest nikłym odblaskiem tego, co  n i e d o p o w i e d z i a n e.

[JAN ŚPIEWAK, Przyjaźnie i animozje, Warszawa 1965, s. 285-193.]

  1. Witold Gombrowicz, Uwagi dyletanta, „Ateneum” 1938, nr 2

Jan Śpiewak (1908-1967) — poeta, tłumacz, krytyk literacki; w latach trzydziestych znajdował się w kręgu poetów skupionych wokół Józefa Czechowicza; uprawiał poezję o szerokim rozmachu, refleksyjną i filozofującą, osadzoną w zapleczu wspomnień i inspiracji lat dziecięcych spędzonych na Ukrainie, spokrewnioną z twórczością niektórych poetów rosyjskich, zwłaszcza Wiktora Chlebnikowa (1885-1922). Wraz z Anną Kamieńską opracował tom Wspomnienia o K. I. Gałczyńskim (1961)